wyborcza.pl
  Otwórz w przeglądarce  
         
 

Pisze, niczego nie zmyślając, Michał Nogaś 

 
   
 

Gdy w poniedziałkowe popołudnie mijałem się z Maciejem Stuhrem w drzwiach studia, w którym powstają kolejne odcinki Radia Książki, nie tylko uścisnęliśmy sobie dłonie, ale także podziękowałem mu z całego serca. - Za co? - spytał. - Za postawę. Za to, co zrobiliście dla wielu czeczeńskich rodzin - wyjaśniłem. 

W "Dużym Formacie" z Katarzyną Błażejewską-Stuhr i Maciejem rozmawia Ludmiła Annanikova.  Stuhr: - Od trzech miesięcy z powodu kwarantanny nie pracuję. I okazuje się, że świat działa. Może trochę inaczej, ale działa. To znaczy, że moja praca, choć bywa dla niektórych fajna i ważna, nie jest czymś, bez czego nie da się żyć. Natomiast nasi przyjaciele Czeczeni w tej chwili nie mają za co wyżywić rodzin i bez naszej pomocy nie dadzą rady. Mam więc wrażenie, że pomaganie ma czasem większy sens niż na przykład moje role. 

I właśnie dlatego na serwisie Zrzutka.pl aktor zorganizował zbiórkę pieniężną na rzecz czeczeńskich rodzin. - W czasie kwarantanny wiele z nich zostało bez środków do życia, zamknięcie gastronomii i innych instytucji uniemożliwiło im pracę. Ze wzruszeniem obserwuję powiadomienia: ludzie wpłacają po 20, 50, 70 złotych. W ten sposób mamy już ponad 30 tysięcy.

Błażejewska-Stuhr: - Pieniądze zostaną podzielone między 50-60 rodzin. Jest też druga zbiórka, w Nowym Teatrze. Tam zbierają jedzenie i mały sprzęt AGD. Potrwa do końca czerwca. Kto dokładnie dostanie finansowe wsparcie? Katarzyna Błażejewska-Stuhr wyjaśnia: - W większości to samotne matki z kilkorgiem dzieci, często w wieku nastoletnim, więc potrzeby żywieniowe są ogromne. Uciekły z Czeczenii przed przemocą ze strony męża lub krewnych i dopiero po przekroczeniu granicy mogły się poczuć w miarę bezpiecznie.

Jeśli Polska odeśle je z powrotem, mogą zostać zabite, a już na pewno zabiorą im dzieci, bo w kulturze czeczeńskiej należą one do mężczyzny. To są bardzo silne kobiety, ale problemów mają ogrom: poczynając od walki z urzędniczą machiną o możliwość pozostania tutaj, przez brak mieszkania, pieniędzy na jedzenie, a kończąc na braku pościeli, ręczników czy suszarki na pranie.

Większość uciekła z domu bez niczego, a jeśli coś miały, musiały to sprzedać w Brześciu, by mieć pieniądze na kolejny bilet i kolejną próbę przekroczenia granicy. Wiele z nich koczowało na Białorusi długie miesiące. To jednak dopiero początek opowieści o pomocy. Stuhrowie zaprosili do siebie do domu jedną z czeczeńskich rodzin. Zaczęło się od 11-letniego Edelbieka, później dołączyło do niego rodzeństwo i matka, Madina. Ta historia to najlepszy dowód na to, że jeśli chce się pomóc tym, którzy potrzebują, można to zrobić na wiele sposobów. Wytrąca też na zawsze z ręki argument tym, którzy wypisują w internecie komentarze w stylu: "Tyle mówi, ale sam to nic nie zrobi". Jeśli znają Państwo takie osoby, proszę im tę rozmowę Ludmiły podesłać koniecznie.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy poniedziałkowym numerze "Dużego Formatu". Karolina Słowik rozmawia w nim z Nauczycielką Roku 2019, czyli Zytą Czechowską z Zespołu Szkół Specjalnych w Kowanówku. I - nie zgadną Państwo. Pani Zyta pozwala pisać wypracowania w... SMS-ach.  Wywiad nie jest tylko opowieścią o polskiej szkole w czasach pandemii, ale i o tym, jak podchodzić należy do pracy z uczniami, którzy wymagają większej opieki ze strony pedagogów. Dla nich ten czas był więcej niż trudny.  

Czechowska opowiada Słowik o pracy, o dorastaniu w zawodzie, o zdobywaniu zaufania uczniów. Opowiada wiele poruszających historii, choćby tę: - Przez kilka lat uczyłam chłopca z zespołem Aspergera. Był w normie intelektualnej, nie lubił się uczyć, miał problemy ze skupieniem uwagi, bił i gryzł dzieci, wulgaryzował. Gdy zaczynał broić, nauczycielka dzwoniła po ojca, a on zabierał go do domu. To najgorsze, co można było zrobić. Dostawał informację, że takie zachowanie uwolni go od lekcji, i zaczął tego niewłaściwego zachowania używać jako sposobu na pójście do domu. W końcu rodzice zdecydowali się na edukację indywidualną.

Zaczęłyśmy jeździć do niego do domu. Wiedziałyśmy, że musimy obrać jedną strategię: gdy on kopie i krzyczy, nie możemy mu ulegać. Bo w ten sposób wymusza i dostaje nagrodę – koniec lekcji. Gdy więc zaczynał, my mówiłyśmy, że mamy czas do wieczora, ignorowałyśmy niektóre zachowania, ale zawsze zauważałyśmy pozytywne i nagradzałyśmy. W końcu nie wytrzymywał i mówił: dajcie mi te głupie zadania. A jak zrobił wszystko, czekała go nagroda: mógł zrobić coś na tablecie czy ułożyć ulubione puzzle.

Po jakimś czasie nam zaufał. Przez naszą konsekwencję i systematyczność miał poczucie bezpieczeństwa. Wiedział, że go nie zaskoczymy. I dotrzymujemy słowa. (...) Pisać nie lubił, ale SMS-y już tak. Pisaliśmy więc dialogi bohaterów literackich w aplikacji, która umożliwiała pisanie SMS-ów. Gdybym kazała mu pisać dyktando, w życiu by tego nie zrobił. Ale chmurę wyrazową uzupełnił od razu. Mogłam go męczyć tak długo, aż sam napisze, albo dostosować do niego sposób sprawdzania wiedzy i wzmocnić go pozytywnie, dać mu poczucie, że mu się udało, że sam coś zrobił, bez przymuszania. 

Jeśli nie mieli Państwo jeszcze okazji poznać Zyty Czechowskiej, proszę jak najszybciej nadrobić. Ileż w jej opowieści jest - mimo realiów polskiej szkoły - optymizmu!   

Optymistą (oraz pozytywistą) nie przestaje być literaturoznawca, eseista prof. Ryszard Koziołek, od kilkunastu dni nowy rektor Uniwersytetu Śląskiego. Obejmuje urząd w niełatwym momencie. Studenci Uniwersytetu Śląskiego, przyszli socjolodzy, w zeszłym roku poskarżyli się władzom uczelni, że jedna z wykładowczyń, profesor Ewa Budzyńska, wyjaśniała na zajęciach, że stosowanie antykoncepcji jest zachowaniem aspołecznym, a normalna rodzina zawsze składa się z mężczyzny i kobiety. W obronie Budzyńskiej stanęli politycy i przedstawiciele Kościoła, a teraz studenci wzywani są na przesłuchania przez policję, przysłuchuje się im przedstawiciel Ordo Iuris.  Koziołek nie tylko mówi w rozmowie w "Wysokich Obcasach", że "mogą to robić", ale też podkreśla wiarę w siłę i moc miejsc, jakimi (wciąż) są uniwersytety.

- Musimy pamiętać, że wolność akademicka prowadzi często do ostrych sporów lub nawet konfliktów. Ważne jednak, by te były rozstrzygane wewnątrz uczelni poprzez dyskusję, mediację lub – w sytuacjach poważnych – przez powołane do tego ciało. Skoro jednak spór, o którym pan wspomina, dotyczy kwestii granicy między sądem naukowym a prywatną opinią, rozstrzygnięcie leży wyłącznie w kompetencjach uczelni. 

I wygłasza prawdę tzw. oczywistą, ale w dzisiejszych czasach nieustająco wartą przypominania: - Jestem dość obsesyjnie przekonany, że uniwersytety są najlepszą instytucją wymyśloną przez człowieka. To miejsce, w którym można postawić każde pytanie i uzyskać na nie najlepszą odpowiedź, jaka istnieje na świecie. Albo jeszcze nie istnieje – i wtedy to się nazywa nauka. W dzisiejszej Polsce są to najbardziej niezależne instytucje publiczne. Prowadzą badania i kształcą w sposób w zasadzie nieskrępowany, inaczej niż jedynie konstytucją i ustawą. 

Uśmiechną się Państwo nie raz podczas lektury rozmowy z Koziołkiem, który wyjaśnia, co go pchnęło w stronę Sienkiewicza i Prusa i uważa, że media społecznościowe - tak często słusznie krytykowane - mogą nam się jednak przydać. Także gdy idzie o... język polski! Na świetny pomysł wpadło Centrum Sztuki Galeria EL w Elblągu. Przygotowało trawnik, który jednocześnie pozwala zachować dystans społeczny i chroni przed suszą.  

O trawniku w szachownicę, którego zdjęcia podbiły w tym tygodniu internet, jego pomysłodawcy napisali: "W te wakacje nie kosimy całkowicie naszego dziedzińca, zostawiając wybrane fragmenty dla naszych gości. Marzec i kwiecień były najsuchszymi miesiącami od 150 lat, a prawdopodobnie w przyszłych tygodniach sytuacja może się powtórzyć. Trawa utrzymuje wilgoć i zapobiega erozji ziemi, obniża temperaturę, produkuje tlen i pochłania dwutlenek węgla, a także powoduje wzrost bioróżnorodności". 

Rozwiązanie proste i zachwycające jednocześnie - można przyjść do EL, obcować ze sztuką i jeszcze walczyć z suszą i katastrofą klimatyczną. Widać to na zdjęciach dołączonych do artykułu, który opublikowaliśmy w "Wyborczej". Brawo, Elbląg!

A na koniec opowieść o miłości do piłki nożnej. Choć kibice nadal mają zakaz wchodzenia na stadiony, co ma się zmienić od 19 czerwca, jeden z fanów Śląska Wrocław wpadł na niecodzienny pomysł. Pisze o tym w "Wyborczej" Adam Małachowski. Chodzi o "fanatyka". Właśnie takimi słowami określił dolnośląski klub mężczyznę, który przyjechał ze swoją ukochaną drużyną do Płocka, a następnie... wynajął dźwig, by przyglądać się meczowi między WKS a Wisłą Płock.

Nie wiadomo dokładnie, kim jest, ale trwają poszukiwania. Bo odważnego kibica sfotografowano. Kapitan Śląska Krzysztof Mączyński skomentował całe zdarzenie krótko: - Wielki szacunek. To pokazuje, jak bardzo kibice nas wspierają. Czasem od nich obrywamy, bo nam się należy, ale dla takich ludzi jak ten warto było wybiegać to spotkanie i wygrać. 

Proszę to zobaczyć na własne oczy!

 
 
Optymistyczne zdjęcie tygodnia
 
 
 
 

Pomagając tym mniejszym. Ośrodek rehabilitacji zwierząt przy ul. Świętej Trójcy w Poznaniu. Zwierzętami opiekuje się między innymi Magdalena Lorenz-Michalczyk, na co dzień prezeska stowarzyszenia "Nasze Jeże''. Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta

 
 

Podziel się  tym newsletterem ze swoimi znajomymi.

Niech grono optymistów się powiększa!
Zapisz się >>

___

Czytaj nasz Codzienny Poradnik Antykryzysowy i bądź na bieżąco 

 
 
 
 
  Newsletter wysłany na zamówienie użytkownika przez Agorę Spółkę Akcyjną z siedzibą w Warszawie, 00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, wpisaną do rejestru przedsiębiorców prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, Wydział XIII Krajowego Rejestru Sądowego pod numerem KRS 59944, kapitał zakładowy w wysokości: 46.580.831.00 zł, wpłacony w całości, NIP 526-030-56-44, adres serwisu korporacyjnego www.agora.pl. Wszelkie zapytania i uwagi dotyczące Newslettera proszę kierować pod adres: pomoc@wyborcza.pl. W celu rezygnacji z newslettera, użyj tego linka